Życiówka w półmaratonie na zakończenie sezonu

Na trasie gdańskiego półmaratonu

28 października 2018 roku odbyła się 5 edycja gdańskiego półmaratonu. Dla mnie był to również ostatni ważny start w tym sezonie biegowym. Wydaje mi się, że każdy biegacz chciałby zakończyć sezon ciężkiej pracy jakimś dobrym wynikiem. Może nawet życiówką. Tak było i w moim przypadku.

Pomiędzy maratonem i półmaratonem

4 tygodnie przed startem w gdańskim półmaratonie pobiegłem 40. PZU Maraton Warszawski i ukończyłem go z rekordem życiowym poprawionym o prawie 15 minut. Byłem w rewelacyjnej formie. Szkoda było by nie spróbować wykorzystać tej formy na o połowę krótszym dystansie.

4 tygodnie to idealny czas na dojście do siebie po maratonie, wyleczenie zniszczeń w organizmie i przygotowanie do startu w “połówce”.

W pierwszym tygodniu po maratonie zrobiłem tylko dwa spokojne biegi nazywane przeze mnie “szuraniem”. Głównie po to żeby rozruszać zesztywniałe mięśnie. W następnym tygodniu miałem wziąć się już do pracy, ale … firma wysłała mnie na 5-cio dniowe szkolenie w Warszawie. Pomyślałem sobie – żaden problem. Zabrałem ze sobą ciuchy biegowe. Zlokalizowałem stadion, na którym mogłem wykonać trening powtórzeniowy. Zorientowałem się co i jak.

Niestety plany planami, a życie życiem. O ile wtorkowy trening (podbiegi na Agrykoli) zrobiłem nawet z lekkim zapasem, o tyle w czwartek poniosłem klęskę. Zaplanowany miałem bieg powtórzeniowy: 8 x 4 minuty w tempie 4’15-4’18/km z 3 minutową przerwą w truchcie.

Niestety “delegacyjny” tryb życia nie pomaga w treningach, a nawet trochę im przeszkadza. Tak było w moim przypadku. Długie siedzenie przed komputerem, nieregularne posiłki i służbowe kolacje spowodowały totalny spadek siły. Dobiegłem na stadion warszawskiej Skry … i po pierwszej nieudanej próbie przyspieszenia poddałem się. Na szczęście weekendowe treningi robiłem już w domu i nie było już tak tragicznie.

Trzeci tydzień po maratonie to jednocześnie ostatni tydzień, w którym można było jeszcze coś powalczyć na treningach. W planach był bieg w II zakresie, kilometrówki i wybieganie. Tym razem wszystkie biegania wyszły całkiem dobrze.

Ostatni tydzień to już odpoczynek przed startem. We wtorek zrobiłem jeszcze II zakres, ale na krótkim dystansie. Później już tylko spokojne bieganie.

Odczucia przed startem

Ogólnie nie byłem zadowolony z tego okresu. Podczas długich spokojnych biegów przechodziłem ze skrajności w skrajność. Od stanu “pier****lę, nie startuję w tej połówce” do “jest całkiem dobrze, jeszcze powalczę”.

Ostateczną decyzję podjąłem po poniedziałkowej rozmowie z trenerem. Przekonał mnie, że szkoda poddać się bez walki po tak ciężkim, ale i owocnym sezonie. Zdecydowałem, że powalczę. Założenie było takie, że wystartuję z pacemakerami z 1:39:59 i pod koniec biegu, jeżeli będą siły, spróbuję uciekać. Jak się nie uda to trudno, ale przynajmniej nie będę miał wyrzutów sumienia. Swoje i tak w tym roku już zrobiłem (6 życiówek na 8 startów).

Start w półmaratonie

Pierwsze 5 km

Pogoda w dniu startu nie rozpieszczała od samego rana. Wiało i padał deszcz. Mimo to nastawienie miałem jak najbardziej pozytywne. Nie było ciśnienia na wynik, ale była chęć walki.

Wystartowałem zgodnie z założeniem z “balonikami” na 1:39. Na początku nawet starałem się omijać kałuże. Niestety nie miało to większego sensu, bo nawet jeżeli ją ominąłem to ktoś obok w nią wbiegał i chlapał na wszystkich w pobliżu. Także buty i tak były mokre … co tam buty – cali byliśmy mokrzy.

Na początku biegliśmy po płaskim. Pierwszy większy podbieg to wiadukt na Zielonym Trójkącie. Krótki, ale dosyć stromy. Dobrze, że był zaraz na początku biegu. Siły w nogach były. Niosła też adrenalina związana ze startem. Kto się dobrze nie rozgrzał to mógł ewentualnie złapać zadyszkę. W okolicach Zieleniaka zrównałem się z biegaczami prowadzącymi grupę.

Pierwszy punkt kontrolny (5 km) przekroczyliśmy razem (zdjęcie nagłówkowe zrobione jest właśnie w tej okolicy). Międzyczas z tego odcinka to 0:23’21 (pozycja 714). Taki wynik dawał śr. tempo w okolicach 4’40/km. Do tej pory biegłem z pacemakerami także nie musiałem tego tempa pilnować.

Druga piątka

Przy Operze Bałtyckiej wymyśliłem, że biegnie mi się na tyle dobrze, że jestem w stanie zaryzykować. Powoli zacząłem uciekać od grupy. Założenia na start zostały złamane już po 6 km biegu, ale …  kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana. Czułem się dobrze. Nie zatykało mnie. Siły w nogach też były, ale nawet gdyby już znikały to niedługo czekał mnie pierwszy zastrzyk energii (pierwszy żel miałem zjeść po 50-55 minutach biegu).

Druga piątka to również praktycznie płaska trasa. Na wysokości CH Manhattan we Wrzeszczu jest jedno wzniesienie. Nachylenie i długość podobne do tego na początku biegu.

Linię z oznaczeniem 10 km przekroczyłem z czasem 0:46’49. To oznaczało, że drugą piątkę przebiegłem w czasie 0:23’28, czyli kilka sekund wolniej niż pierwsze 5 km. Śr. tempo tego odcinka to 4’41/km. Wolniej, ale w stawce przesuwałem się do przodu. Na tym punkcie kontrolnym zajmowałem (już) 670 pozycję w klasyfikacji generalnej. Oczywiście o czasach kolejnych odcinków mogę pisać teraz. W trakcie biegu aż tak bardzo tego nie pilnowałem. Biegłem na samopoczucie … a to było cały czas dobre.

Trzeci punkt kontrolny

Kolejna piątka to bieg po płaskim. Nawet lekko z górki. Nie działo się tu nic specjalnego. Czas na punkcie kontrolnym to 1:09’31. Trzecią piątkę przebiegłem czasie 0:22’42, czyli śr. tempo tego odcinka wyniosło 4’32/km. Widać, że było z górki. W klasyfikacji dalej przesuwałem się do przodu. Po 15-tu km zajmowałem 635 pozycję. Jeszcze “trochę” i będzie widać pudło 😉 Dalej biegłem na samopoczucie i dalej biegło się dobrze.

Czwarty i ostatni punkt kontrolny

Dla zmyłki ten punk kontrolny ustawiony był na 19 km, z tego co pamiętam na szczycie najtrudniejszego podbiegu – wiadukcie przy Stadionie Energa. Nachylenie i długość raczej podobna do poprzednich podbiegów, ale była jedna różnica … w nogach mieliśmy już trochę ponad 18 km. Chyba każdy w tym miejscu biegł już “na oparach”. Zaczynał się najważniejszy fragment biegu – finisz.

Kilkaset metrów wcześniej zjadłem drugi żel energetyczny, ale raczej nie zdążył się jeszcze wchłonąć. Trzeba było walczyć. Biec głową i sercem. Starałem się odwrócić uwagę od zmęczenia. Wypowiadałem jakieś pojedyncze słowa to chłopaka biegnącego obok. Pomyślałem, że jest zmęczony skoro nie odpowiada. Dopiero później zauważyłem, że ma słuchawki w uszach. Ważne, że cel został osiągnięty – uwaga odwrócona, ostatni “szczyt” zdobyty. Teraz będzie już z górki. No dobra, przy rondzie jest jeszcze jedna stromizna, ale ma dosłownie kilka kroków.

Czas na 19-tym km to 1:28’14. Ten odcinek przebiegłem w czasie 0:18’43, co daje śr. tempo odcinka 4’40/km. W klasyfikacji dalej parłem do przodu. Byłem już na 596 pozycji. To oczywiście żart. Nie mniej widok wyprzedzanych biegaczy wpływa na moją głowę motywująco.

Do mety

Do mety zostało tylko 2 km. Na tym odcinku dałem z siebie wszystko. Ostatnie 2,0975 km przebiegłem w czasie 0:08’57, co dało śr. tempo odcinka 4’16/km. Był ogień. Żel już działał. Przy ulicy stali kibice. Z daleka było już słychać speakera z hali Amber Expo, gdzie ustawiona była meta półmaratonu.

Pamiętam, że już w pobliżu hali jeden z mijanych biegaczy krzyknął do mnie “Będzie życiówka? Dajesz!”.

Ostatnie 200 metrów było naprawdę długie. Nagle zrobiło się ciemno. Nie, nie zemdlałem. Po prostu wbiegłem na halę. Meta była już na wyciągnięcie ręki. Wrzask kibiców dodawał energii na ostatnie kroki. Wpadłem na metę potrącając przy okazji jednego z biegaczy. Na szczęście nic się nie stało. Spojrzałem na zegarek. Było dobrze!

Oficjalnie 5. Amber Expo Półmaraton Gdańsk ukończyłem z czasem 1:37’11. W stosunku do Półmaratonu w Pile poprawiłem się o 2 minuty bez kilku sekund. Jest nowa życiówka na zakończenie sezonu! Kolejny sukces osiągnięty przy pomocy trenera i-Sport Jakuba Wojtczaka.

 

Zapis GPS z biegu znajdziecie tutaj.