Nocne bieganie po lesie – relacja

II Nocny Biega Parami ze Świetlikami

19 maja miał miejsce jeden z ciekawszych biegów w jakich do tej pory miałem przyjemność brać udział – Nocny Bieg Parami ze Świetlikami w Redzie. Było to dla mnie coś nowego. To, że zamiast po asfalcie biegaliśmy po lesie to nic. Nie raz trenowałem na leśnych ścieżkach, a nawet brałem udział w zawodach. Co w takim razie było w tym biegu, że tak mi się spodobał?

Od początku

Była to już druga edycja biegu organizowanego przez grupę biegaczy z Redy. Jak sama nazwa wskazuje jest to wyścig rozgrywany w nocy. W tym roku trasa miała ok. 16 km długości. Sam las to nic. Największym wyzwaniem było bieganie po leśnych górkach (ok. 300 m. przewyższeń) oświetlając trasę jedynie czołówkami.

Dodatkowo był to bieg rozgrywany drużynowo. Każda drużyna składała się z 2 osób (bieg parami). Nie było żadnego wiązania czy trzymania się za ręce, ale na mecie nie mogło być zbyt dużej różnicy pomiędzy członkami drużyny – maksymalnie 5 sekund.

Mimo, że to dopiero druga edycja, Nocny Bieg Parami ze Świetlikami cieszył się wielkim zainteresowaniem. Lista startowa zapełniła się bardzo szybko. Dodatkowe kilkadziesiąt pakietów rozeszło się w 45 sekund! Wróżę temu biegowi wspaniałą przyszłość.

 

Bieganie w nocy

Dla starych wyjadaczy to pewnie żaden problem. Dla mnie było to coś zupełnie nowego. Niby miałem dosyć dobrą lampkę czołową, ale doświadczenia w bieganiu po nocy żadnego.

Nie było problemu kiedy biegliśmy wolniej i w sporej grupie. Wtedy cały las był oświetlony. Jednak po jakimś czasie biegacze się rozciągnęli, a grupy się przerzedziły.  Wtedy robiło się już ciemniej. Nie to żebym się bał, ale wiązało się to z większym ryzykiem potknięcia czy nawet wywrotki.

Gdy dołożyć do tego jeszcze strome zbiegi, na których dzięki grawitacji osiągało się naprawdę spore prędkości to robiło się naprawdę niebezpiecznie.

Na szczęście wśród biegaczy obyło się bez większych strat. Oczywiście było kilka wywrotek, ale nie zauważyłem żeby ktoś potrzebował poważniejszej interwencji lekarskiej. Przeważnie były to lekkie skręcenia i zadrapania.

 

W trakcie biegu

W biegu brało udział 200 par, czyli 400 biegaczy. Wyobraźcie sobie jak musiał wyglądać start takiego świetlistego węża.

Udział w tym biegu zaproponował mi znajomy z pracy – Patryk i muszę powiedzieć, że to był świetny pomysł.

Wystartowaliśmy o godzinie 22, czyli już po zmroku. Bieg rozpoczynał się ok. 3 kilometrowym podbiegiem. Tempo biegu na początku to ok. 6’00/km. Na szczęście po każdym podbiegu jest też zbieg. Wtedy udało się przyspieszyć.

Kolejny, chyba największy, szok przeżyłem w okolicach 7 km. To był naprawdę stromy podbieg. Większość biegaczy w mojej okolicy przechodziła do marszu. Ja w dalszym ciągu biegłem, chociaż moje tempo chyba nie było dużo szybsze od maszerujących. Tu przydałyby się kijki.

Z czasem grupki biegaczy było coraz mniej liczne. Były momenty, że biegliśmy tylko we dwójkę. Na szczęście co jakiś czas udało się dogonić kolejnych biegaczy i chwilę pobiec razem.

W okolicach 12 km był bardzo stromy zbieg. Grawitacja robiła swoje. Momentami miałem wrażenie, że kompletnie nie panuję nad biegiem. Przy takiej prędkości nawet moja dobra czołówka nie dawała na tyle dużo światła, abym mógł czuć się pewny. Starałem się tylko stawiać nogi na stabilnym podłożu … co niestety nie zawsze się udawało.

Patrykowi podczas tego biegu 3 razy noga wykręciła się dosyć mocno, ale mimo to i tak biegł szybciej ode mnie. Dodam, że miał to być bieg na luzie i dla zabawy. Niestety na starcie włączył mi się tryb rywalizacji i trochę mnie poniosło. Patryk prowadził mnie przez całą trasę. Nadawał tempo i dodatkowo motywował do walki.

 

Na mecie nocnego biegu

Na metę wbiegliśmy z czasem 1:26’38. Podobało mi się to, że przez cały bieg to my wyprzedzaliśmy innych biegaczy. Nawet jeżeli jakaś para wybiegła przed nas, to po jakimś czasie i tak ich mijaliśmy.

Mój Nocny Bieg Parami ze Świetlikami »

Bieg był mocny. Cieszę się, że mimo kilku kryzysów udało się utrzymać mocne tempo. To był dobry trening dla głowy.

Najbardziej jednak podobała mi się atmosfera biegu. Nie jestem (jeszcze) ultrasem, ale przeczytałem już kilka książek na temat długich, leśnych czy górskich biegów i muszę powiedzieć, że tak właśnie wyobrażam sobie biegi ultra.

Po biegu każdy mógł zjeść kiełbasę z grilla. Jak już wszyscy znaleźli się na mecie odbyła się dekoracja zwycięzców we wszystkich kategoriach (pary męskie, żeńskie i mieszane). Dodatkową atrakcją było losowanie nagród wśród tych biegaczy, którzy zostali do końca. My również wygraliśmy.

W przyszłym roku chętnie kolejny raz wezmę udział w tym biegu. Myślę, że ze znalezieniem pary nie będę miał problemu. Muszę tylko pamiętać, że w maju w nocy może być jeszcze chłodno. W trakcie biegu nie było problemu, ale już po nim przydałby się koc i ciepła herbata.

Zobaczcie zdjęcia z tego biegu, a sami nabierzecie ochoty na nocne bieganie po lesie.