Top Menu
Na trasie 44. Maraton Dębno

Kilka dni temu, 2 kwietnia 2017 roku odbył się 44. Maraton Dębno. Jest to jeden z pięciu maratonów, które trzeba ukończyć, aby zdobyć Koronę Maratonów Polskich. Ja w zeszłym roku zdecydowałem się podjąć takie wyzwanie. Maraton w Dębnie jest moim trzecim ukończonym maratonem i drugim z listy wymaganych do KMP. Warszawa i Dębno odhaczone. Pozostały Kraków, Wrocław i Poznań.

 

Dębno.

Większość osób, którym mówiłem, że 2 kwietnia startuję w Dębnie zadawała mi jedno pytanie … Dębno? Gdzie to jest? Otóż Dębno jest to (według Wikipedii) gmina wiejsko-miejska leżąca w województwie zachodniopomorskim. Siedzibą gminy jest miasto Dębno, w którym co roku odbywa się maraton. Jak głosi napis na jednym z bloków, Dębno nazywane jest Stolicą Polskiego Maratonu.

Niestety bardzo ciężko jest znaleźć w miarę wygodne połączenie, aby dostać się do tej miejscowości. Ostatecznie zdecydowałem, że pojadę własnym autem. Według Google Maps czekała mnie prawie 380 km wycieczka. Podróż w nocy przed maratonem nie wchodziła w grę. Dlatego wyjechałem już w sobotę, ok. godziny 10. Droga na początku była nawet przyjemna. Większe miejscowości (Chojnice, Człuchów, a później nawet Gorzów Wielkopolski) udało się ominąć obwodnicami. Stan dróg pozwalał utrzymywać prędkość powyżej 100 km/h. Później niestety coraz częściej zaczęły pojawiać się tabliczki informujące o wjeździe w teren zabudowany lub ograniczające prędkość do 70 … 50 … 40 km/h. Ostatecznie do Biura Maratonu dojechałem w okolicach godziny 15:30, czyli cała podróż zajęła trochę ponad 5 godzin.

Zaparkowałem przy hali sportowej, w której zorganizowane było Biuro Maratonu. Pakiet odebrałem błyskawicznie i pojechałem do … Kostrzyna nad Odrą, gdzie miałem wykupiony nocleg. Mimo, że szukałem miejsca z dużym wyprzedzeniem nie udało mi się znaleźć nic na miejscu. Było ciężko, ale gdyby komuś nie udało się znaleźć odpowiedniego miejsca, organizator dawał możliwość darmowego noclegu na hali. Mi na szczęście się udało. I to tylko 20 km od miejsca startu.

 

W dniu biegu.

W dniu startu nie chciałem jechać do Dębna autem. Podejrzewałem, że po biegu ciężko będzie się stamtąd wydostać. Na szczęście organizator przygotował autokar, który przewoził maratończyków na trasie Kostrzyn – Dębno. Super! Szkoda tylko, że ostatni autokar odjeżdżał z Kostrzyna o godzinie 8:30 (maraton startował o 11). No ale trudno.

Noc była ciężka. Najpierw nie mogłem zasnąć. Nie wiem co było przyczyną. Może impreza w pokoju obok (w końcu była sobota) trwająca chyba do 4 rano? Może średnio wygodne łóżko? A może po prostu stres przedstartowy? Jak już zasnąłem, zaczęły mi się śnić jakieś głupoty, m.in. że spóźniłem się na start maratonu. Widać już w nocy głowa zaczęła szwankować.

Budzik zadzwonił o godzinie 7. Wstałem, wziąłem prysznic i poszedłem na śniadanie. Zjadłem 2 bułki z dżemem truskawkowym. Wszystko popiłem sokiem pomarańczowym. Na odchodne wypiłem jeszcze ciepłą herbatę i wróciłem do pokoju.

Ubrania i pozostałe wyposażenie na bieg miałem już przygotowane dzień wcześniej. Musiałem się streszczać bo dojście do centrum Kostrzyna, skąd odjeżdżał autokar, zajmowało ok. 20 minut. Zdążyłem … i nawet nic nie zapomniałem.

W biurze zawodów byliśmy już ok. godziny 9, czyli 2 godziny przed startem maratonu. Co tu robić? Poszedłem na halę, usiadłem na trybunach i przyglądałem się ludziom krzątającym się na parkiecie sali gimnastycznej. Jedni odbierali jeszcze pakiety. Inni zaglądali na różne stanowiska rozstawione na terenie biura zawodów. Jeszcze inni robili sobie zdjęcia ze znanymi osobami spotkanymi na miejscu, a było ich tam trochę. Byli to m.in. biegacze Jerzy Skarżyński, Wojciech Ratkowski, Sylwia Stelmach oraz lekkoatleci Robert Korzeniowski i Tomasz Majewski. Wszyscy oprócz naszego rekordzisty w pchnięciu kulą brali czynny udział w maratonie, a Dominika Stelmach zdobyła nawet Mistrzostwo Polski Kobiet w Maratonie.

 

Chwilę przed startem 44. Maraton Dębno.

Mniej więcej godzinę przed startem spotkałem się z Piotrem, znajomym z obozu biegowego w Szklarskiej Porębie. W końcu mogłem z kimś porozmawiać i na chwilę zapomnieć o stresie startowym. Po jakimś czasie przeszliśmy na miejsce startu. Tam zrobiliśmy jeszcze pamiątkowe zdjęcie. Pół godziny przed startem … poszuraliśmy trochę i zaliczyliśmy obowiązkową wizytę w toalecie. Nadszedł czas żeby ustawić się do startu. W Dębnie nie było wyznaczonych stref startowych. Każdy mógł ustawić się gdzie chciał. Jedynym wyznacznikiem mogły być baloniki pacemakerów. Ja stanąłem pomiędzy balonami z napisem 3:45 i 4:00. Dlaczego akurat tu?

Na podstawie wyników z Onico Półmaraton Gdynia, który odbył się 2 tygodnie wcześniej i tabel Danielsa ustaliłem, że w obecnej formie mogę powalczyć o wynik 3:40. Ja nie byłem takim optymistą. Dodałem do tego jeszcze 5 minut. Celowałem w wynik 3:45 …

 

Początek biegu.

Trasa 44. Maraton Dębno
Trasa 44. Maraton Dębno

I biegło się całkiem dobrze. Licznie zebrani kibice dodawali dużo energii. Teraz myślę, że chyba nawet za dużo. Widać było, że całe miasteczko żyje tym maratonem. Nikt nie chciał wieszać biegaczy z powodu utrudnień w ruchu. Nikt nie narzekał, że nie może dojechać do galerii handlowej. Każdy kibicował ile miał sił. Dzieciaki przybijały piątki.

Na początku trzeba było zaliczyć dwie krótsze pętle w mieście. Łącznie było to coś ok. 9-10 km wśród kibiców. Później wybiegliśmy już za miasto, na dłuższą pętlę. Biegliśmy drogą na Drogomyśl. Później trasa odbijała na Cychry, aby ostatecznie poprowadzić znowu w kierunku Dębna. Dobiegając do Dębna mijaliśmy flagę oznaczającą 21 km, czyli mniej więcej połowę dystansu. Mijaliśmy również Kenijczyków, którzy biegli już w stronę mety … No ale tego można się było spodziewać. Dla mnie nie był to powód do załamania czy też stracenia wiary w siebie. Cały czas biegło się dobrze, a obecni wszędzie kibice motywowali do dalszej walki.

No właśnie … kibice. Co jak co, ale kibiców to Dębno ma chyba najlepszych. W Dębnie podczas maratonu kibicują chyba wszyscy, bez względu na płeć czy wiek. Przebiegając przez okoliczne wioski można było zobaczyć całe rodziny, często 3 a może i 4 pokoleniowe, siedzące na ławach przed domami i machające do biegaczy.

 

Ściana na 28 km.

Biegło się dobrze. I gdyby maraton kończył się na 28 km byłbym mega zadowolony. Niestety. Maraton ma 42 km i w dodatku jeszcze 195 m. Do przebiegnięcia zostało jeszcze ponad 14 km … a siły nagle zniknęły. Bez żadnych znaków ostrzegawczych. Po prostu wzięły i zniknęły. Nagle nogi zrobiły mi się ciężkie, a w głowie pojawiały się myśli, że nie dam rady ukończyć tego biegu. Przeszedłem do marszu i lekkiego truchtu. Po jakimś czasie dogoniła mnie grupa biegnąca na 4 godziny. Pamiętam, że strasznie drażniły mnie ich rozmowy zaraz za moimi plecami (wtedy już pewnie wszystko mi przeszkadzało). Drażniły do tego stopnia, że zbiegłem na pobocze i dałem się wyprzedzić. To również nie pomogło mojej głowie. Próbowałem coś nabiegać, ale prędzej czy później kończyło się to przejściem do marszu. W między czasie spotkałem innego towarzysza niedoli, który podobnie jak ja miał problemy z kontynuowaniem biegu. Oboje po kilku przekleństwach stwierdziliśmy, że aby dokończyć ten bieg przejdziemy na „metodę Gallowaya”. I tak było. Wyznaczaliśmy sobie coraz to nowsze cele, np. dobiegnięcie do flagi, dobiegnięcie do wozu straży pożarnej, itp. po czym znowu przechodziliśmy do marszu. W końcu on pobiegł, a ja zostałem w tyle. Musiałem dłużej odpocząć.

 

Bezcenna pomoc kibiców.

Kiedy przeżywałem największy kryzys zaczepiła mnie dziewczyna kibicująca biegaczom. Zaczęła ze mną rozmawiać, tłumaczyć mi, że dam radę dobiec do końca, że to wszystko jest tylko w mojej głowie. Niby hasła, które każdy z nas słyszał, ale … pomogło. Zebrałem się. Zacisnąłem zęby i zacząłem powoli przebierać nogami. Dziewczyna pobiegła jeszcze chwilę ze mną. Podziękowałem jej za dobre słowa i pobiegłem do mety. Po drodze musiałem jeszcze kilka razy zatrzymać się, głównie po to żeby uzupełnić płyny. Przed samą metą dogoniłem mojego współtowarzysza „od Gallowaya”. Teraz on miał spore problemy. Łapały go skurcze mięśnia dwugłowego. Krzyknąłem do niego żeby mnie gonił i jakoś razem dobiegliśmy do mety. Tam czekał na mnie już Piotr, który poprawił swój rekord na tym dystansie o 18 minut.

 

Meta 44. Maraton Dębno.

Ostatecznie linię mety przekroczyłem z czasem 4:15:22, czyli 30 minut później niż planowałem. Nie mniej jednak najważniejsze dla mnie jest to, że ukończyłem bieg. Nauczyłem się wiele. Podczas następnego maratonu postaram się bardziej brać te nauki do serca. Pobiegłem dopiero 3 maratony, ale każdy z nich uczył mnie czegoś nowego. Najlepszy był pierwszy maraton. Wtedy pobiegłem bez żadnego ciśnienia. Wtedy liczyło się tylko to żeby dobiec do mety. Czas był sprawą drugorzędną.

 

Maraton nie wybacza błędów.

Co poszło nie tak? Gdzie popełniłem błąd? Czego unikać podczas następnych maratonów? Odpowiedzi na te pytania jest wiele. Część z nich nawet nie zależała ode mnie. Ale od początku.

  1. Pogoda. Tego dnia było dosyć ciepło. Nie miałem termometru, ale tak na oko spokojnie było blisko 20 stopni. Wiem, że tłumaczenie niepowodzenia pogodą jest płytkie, ale prawda jest taka, że w tym roku nie było zbyt wielu okazji aby biegać w takich temperaturach. Chyba tylko podczas biegania na bieżni mechanicznej miałem takie warunki. Przez to organizm nie zdołał się przystosować do biegania w takich temperaturach. Wiem, że takie warunki mieli wszyscy maratończycy i wielu dało radę … ale nie wszyscy.
  2. Forma dnia. Niestety tego dnia nie byłem w tak dobrej formie w jakiej chciałem być. Po pierwsze byłem po długiej podróży. Niby przyjechałem dzień wcześniej, ale w połączeniu z nieprzespaną nocą mogło to mieć znaczenie. Uważam, że niepotrzebnie porwałem się na bicie rekordu. Mogłem zacząć spokojniej i dopiero po 30 km zweryfikować swoje plany. Fakt, że wtedy pewnie byłoby już zbyt późno na walkę o dobry czas, ale przynajmniej nie byłbym tak sponiewierany.
  3. Głowa. Trenując do maratonu naprawdę rzetelnie wykonywałem zalecenia planu treningowego. Opuściłem tylko jeden tydzień biegania – kiedy miałem drobną kontuzję. Pracowałem nad wzmacnianiem i rozciąganiem. Niestety całkowicie olałem starty w zawodach, choćby cosobotnich biegach Parkrun. Dzięki takim startom przyzwyczaiłbym głowę do walki i może nie poddałbym się tak szybko.
  4. Nawadnianie. Myślę, że na początku nawadniałem się prawidłowo. Piłem kubeczek wody co 5 km. Nie toleruję „przemysłowych” napojów izotonicznych i nie chciałem nimi obciążać żołądka. Niestety kiedy poczułem lekkie stwardnienie w łydce zacząłem popijać kolorowe napoje stojące obok kubków z wodą … i to w sporej ilości. Skończyło się oczywiście problemami.

W przyszłości postaram się skorygować te błędy. Pierwszą okazję będę miał już za kilka tygodni. Zobaczymy jak mi pójdzie w Krakowie. Na pewno postaram się nie cisnąć tak na wynik, choć nie ukrywam, że postawiłem sobie za cel ukończenie wszystkich maratonów z korony w czasie krótszym niż 4 godziny. Niestety już wiem, że się nie uda … chyba, że wrócę do Dębna rok i poprawię się trochę. Zobaczę co przyniesie przyszłość.

 

 

About The Author

W połowie roku 2013 znajomy namówił mnie na bieganie. Na początku były starty w sobotnich biegach Parkrun. W lutym 2014 roku miałem swój debiut w oficjalnym starcie na 10 km (Bieg urodzinowy, Gdynia). I tak zaczęło się moje uzależnienie od biegania, w którym siedzę do dzisiaj.

Close