Top Menu
Przed startem w 38. PZU Maraton Warszawski

Mój debiut na dystansie maratońskim był na tyle udany, że postanowiłem pójść za ciosem i wystartować w kolejnym maratonie. Co więcej, zdecydowałem się na „gościnne występy”. Mój wybór padł na Maraton Warszawski. Tegoroczna edycja odbyła się 25 września, ale ja w stolicy byłem już dzień wcześniej. Planowałem nawet zwiedzić kilka miejsc, ale jak się okazało samo poruszanie się po Warszawie, przeważnie przez osoby nie znające miasta, było bardziej czasochłonne niż zakładałem. Ostatecznie zwiedziłem jedynie … Tor Wyścigów Konnych na Służewcu, gdzie mieściło się Biuro Zawodów.

 

Zamek Królewski w Warszawie
Zamek Królewski w Warszawie

W podróż do stolicy wybrałem się korzystając z usług Intercity. Miałem okazję pierwszy raz przejechać się tym sławnym Pendolino. Bilety kupiłem dosyć wcześnie, dlatego korzystając z promocji mogłem sobie pozwolić na podróż I klasą (bilet w I kl. był tańszy niż bilet kl. II). Podróż była przyjemna. Cisza, spokój, dużo miejsca. Był nawet posiłek. Ale najważniejsze, że dojechałem szybko i bez problemów.

Nocleg wykupiłem w hotelu oddalonym od Dworca Głównego o jakieś15 minut jazdy tramwajem. Tam dotarłem jeszcze w miarę sprawnie. Pokój był już przygotowany. Odebrałem klucz w recepcji i udałem się do pokoju na ostatnim piętrze. Chciałem mieć ładne widoki. No i rzeczywiście miałem piękny widok … na biurowiec stojący za hotelem, ponieważ pokój znajdował się po stronie wewnętrznej. Nie robiłem już zamieszania, trudno. Zresztą podczas odbioru klucza wysłuchałem żali starszej Pani, że „w jej pokoju od strony ulicy jest straszny hałas”. Zostałem w swoim pokoju. Ostatecznie i tak miałem tam tylko spać.

 

Odbiór pakietu startowego.

Zaraz po rozpakowaniu rzeczy pojechałem odebrać pakiet startowy. Biuro Zawodów mieściło się na Torze Wyścigów Konnych na Służewcu. Posługując się aplikacją na telefonie dotarłem na miejsce mniej więcej po godzinie. Aż strach pomyśleć co by było gdybym nie miał telefonu. Gdy wysiadłem z autobusu okazało się, że czeka mnie jeszcze piesza, dosyć długa wędrówka.

Pakiet odebrałem błyskawicznie. Później udałem się na „pasta party”. Makaron był nawet całkiem smaczny. Po „szamie” przeszedłem się jeszcze po Expo, zrobiłem kilka zdjęć i wróciłem do hotelu tą samą drogą (może była inna krótsza, ale telefon mi się już rozładował). W hotelu byłem ok. godz. 18. No i tyle było z mojego zwiedzania stolicy. Ale gdybym chciał kiedyś obstawić coś na wyścigach konnych, to na Służewiec na pewno już trafię.

W hotelu zjadłem późną kolację (jak się okazało na drugi dzień – prawdopodobnie zbyt późną) i udałem się do pokoju na odpoczynek. Do łóżka położyłem się już ok. 21. Przez uchylone okno dochodziły dźwięki z odbywającego się na Stadionie Narodowym koncertu muzyki Disco Polo. Odleciałem chyba chwilę po 22. Niestety mimo, że jak reklamuje się hotel, łóżko było bardzo wygodne, tej nocy zbyt dużo nie pospałem. Nie wiem dlaczego. Może późna kolacja. Może nerwy przed startem (to był dopiero mój drugi start w maratonie). Tak czy siak, rano byłem bardziej zmęczony niż wtedy kiedy się kładłem.

 

Chwilę przed startem w 38. Maratonie Warszawskim.

Budzik zadzwonił o godz. 6. O 6:30 jadłem już śniadanie w hotelowej restauracji. Po śniadaniu przebrałem się w strój biegowy, spakowałem ciuchy na zmianę i wyszedłem z hotelu. Z dojazdem na miejsce startu nie miałem problemu. Po pierwsze zaplanowałem sobie trasę już dzień wcześniej. Po drugie nawet gdybym nie znał drogi, to na ulicy było tylu biegaczy z numerami startowymi Maratonu Warszawskiego, że wystarczyło podłączyć się do jakiejś grupy. Po ok. 10 minutach wysiadałem z tramwaju w okolicy Krakowskiego Przedmieścia. Krótki spacer tą piękną ulicą i stałem przed bramą Uniwersytety Warszawskiego, gdzie startował maraton. Niedaleko startu rozstawione były ciężarówki firmy DHL, gdzie można było zostawić swoje rzeczy. Wszystko dobrze oznaczone. Żadnych kolejek. Na dodatek wolontariuszka odbierająca ode mnie worek z uśmiechem życzyła mi powodzenia podczas biegu.

Rozgrzewka przed Maratonem Warszawskim
Rozgrzewka przed Maratonem Warszawskim

Udałem się z powrotem na Krakowskie Przedmieście. Pod sceną, na której prowadzona była rozgrzewka, było naprawdę dużo ludzi. Znalazłem kawałek wolnego chodnika i razem z innymi zacząłem się rozgrzewać. Robiło się coraz ciaśniej. Ostatecznie zrezygnowałem z tej formy rozgrzewki i poszedłem trochę potruchtać. I tu spotkała mnie niespodzianka, spotkałem „sąsiada” ze swojego osiedla – Pana Henryka Urtnowskiego – starszego Pana, który biega maratony mniej więcej na moim poziomie. Chciałbym w jego wieku mieć tyle energii i sił. Jak się później dowiedziałem, Pan Henryk przybiegł na metę dosłownie kilka minut po mnie, a startuje w kategorii M70.

 

Start maratonu.

Chwilę przed startem, kiedy stałem już w swojej strefie startowej, w głośnikach poleciała piosenka Czesława Niemena „Sen o Warszawie”. Nie jestem warszawiakiem, ale w tym momencie poczułem ciary na skórze. Po piosence odliczanie i … Maraton Warszawski wystartował.

Jeszcze kilka dni przed startem, przy pomocy tabeli Danielsa sprawdziłem jak teoretycznie wygląda moje obecne tempo maratońskie. Bazowałem na wyniku z 54. Biegu Westerplatte. Tabele twierdziły, że mam szanse powalczyć o czas w granicach 3:35-3:40. Ja przygotowałem sobie opaskę na 3:45, ale nie pogniewałbym się gdyby czas był trochę gorszy. Tak naprawdę cieszyłbym się z każdego czasu, o ile byłby lepszy od mojego poprzedniego wyniku w maratonie … nawet gdyby to była tylko 1 sekunda.

 

Na trasie Maratonu Warszawskiego.

Oczywiście zaraz po starcie poniósł mnie tłum. Moje rzeczywiste tempo momentami było szybsze nawet o 30 sekund na kilometrze. Biegło się naprawdę dobrze. Było dosyć ciepło, ale punkty z wodą i napojami izotonicznymi były rozstawione mniej więcej co 2,5 kilometra. No i najważniejsza chyba rzecz – kibice. Nie skłamię jeżeli napiszę, że Maraton Warszawski ma najlepszych kibiców ze wszystkich biegów, w których brałem udział. Było ich naprawdę dużo. Robili wielki hałas, a to dawało siły do dalszego przebierania nogami.

Profil trasy 38. PZU Maratonu Warszawskiego
Profil trasy 38. PZU Maratonu Warszawskiego

Tegoroczny Maraton Warszawski miał szybką i płaską trasę. Patrząc na profil można było zauważyć praktycznie tylko jeden większy podbieg – mniej więcej na 30 km. Biegłem w pobliżu pacemakerów prowadzących sporą grupę biegaczy na czas 3:45. I tak było właśnie do 30 km. Niestety tu miałem pierwszy kryzys. Nie fizyczny. Siły spadały, ale był jeszcze zapas energii. Za to głowa zaczęła szwankować. Nie wiem dlaczego, ale nagle w mojej głowie pojawiły się wątpliwości czy dam radę dobiec do mety. Tu pierwszy raz zwolniłem, a nawet przeszedłem do marszu. Ostatnie 10 km biegu było dla mnie koszmarem. Tempo biegu spadło. Biegłem praktycznie od punktu odżywczego do kolejnego, jednocześnie przystając przy każdym z nich. Robiło mi się raz zimno, raz ciepło. Momentami nawet kręciło się w głowie. Wyglądało to jak odwodnienie, ale … ja naprawdę nie ominąłem żadnego punktu z napojami. Może błędem było picie na zmianę izotoników i wody. Takie postępowanie powoduje rozcieńczenie izotonika w organizmie i nie spełnia on już tak dobrze swojego zadania. Podczas ostatniej dyszki maratonu przechodziłem do marszu jeszcze 4 razy. Za każdym razem walcząc ze sobą o to, żeby się nie poddać.

 

Gdzie ta cholerna meta?

Razem z pojawieniem się kryzysu zniknęła cała radość z biegania. Nieważne było to, że biegnę w bogatej w zabytki stolicy. Marzyłem tylko o tym, aby nie paść gdzieś po drodze i dobiec do mety. Dodatkowo widok kolejnych ludzi siadających na ziemi nie dodawał otuchy. Chyba tylko dzięki kibicom kontynuowałem bieg. 2 km przed metą postawiłem wszystko na jedną kartę. Wykrzesałem resztki sił i pobiegłem tak szybko jak tylko mogłem. Kibice zgromadzeni na długiej prostej przed metą naprawdę dobrze wykonywali swoją „pracę”. Ich okrzyki i widok mety podziałały dobrze. Mimo braku sił i chęci dobiegłem do końca. Specjalne podziękowania dla Agnieszki, wesołej dziewczyny prowadzącej blog RunNessy, za to, że tak głośno wydarła się kiedy mnie zobaczyła 🙂 A czas … no cóż. Na pokonanie 42 km i 195 m trasy Maratonu Warszawskiego potrzebowałem 3 godzin 51 minut i 59 sekund. Miała być nowa życiówka, a wyszło gorzej niż podczas poprzedniego maratonu. Niby tylko minuta różnicy, ale jednak wolniej. Trudno. Nie udało się teraz, uda się następnym razem. Ostatecznie mogę powiedzieć, że Warszawa została zdobyta. Teraz kolej na następne miasta.

 

Podsumowanie startu w Maratonie Warszawskim.

Mimo, że dobiegłem do mety w czasie bardzo zbliżonym do swojego najlepszego na tym dystansie (bo co znaczy 1 minuta na 42 km) to czułem lekki niedosyt. Wiem, że nie na każdym biegu bije się rekordy, ale wydawało mi się, że jestem naprawdę dobrze przygotowany fizycznie. Wygląda jednak na to, że poczułem się zbyt pewnie. Szybsze od zakładanego tempo biegu na początku maratonu, wyczerpało zapasy energii i przez to zabrakło jej pod koniec. Dodatkowo problemy z motywacją do dalszego biegu. Nigdy wcześniej nie spotkałem się z czymś takim.

Już wiem nad czym muszę mocno popracować przed kolejnym startem.

Natomiast jeżeli chodzi o organizację biegu to naprawdę jestem pod wrażeniem. Na trasie było ok. 10 tys. biegaczy. W punktach odżywczych nie zabrakło niczego. Meta i miasteczko zorganizowane w okolicy Multimedialnego Parku Fontann – robota pierwsza klasa! Będę polecał ten bieg każdemu.

Nagroda na mecie - medal 38. PZU Maraton Warszawski
Nagroda na mecie – medal 38. PZU Maraton Warszawski

 

Zapis całego biegu znajdziecie na moim profilu na Strava.com.

 

I kilka słów na koniec. Było ciężko, ale dobiegłem. Jestem zadowolony z tego, że dałem radę, że się nie poddałem. Czy pobiegnę następny maraton? Oczywiście!

 

 

About The Author

W połowie roku 2013 znajomy namówił mnie na bieganie. Na początku były starty w sobotnich biegach Parkrun. W lutym 2014 roku miałem swój debiut w oficjalnym starcie na 10 km (Bieg urodzinowy, Gdynia). I tak zaczęło się moje uzależnienie od biegania, w którym siedzę do dzisiaj.

Close