Top Menu
Na trasie 2. PZU Gdańsk Maraton

No i stało się. Stało się to, na co szykowałem się tyle czasu. Nadszedł czas na mój debiut w maratonie. Wystartowałem. Dobiegłem do mety. 15 maja 2016 roku, ok. godziny 13 zostałem maratończykiem. O tym co działo się tego dnia przeczytacie w dalszej części tego wpisu.

Przed startem w maratonie.

Budzik zadzwonił o godz. 5:50. Jeżeli czytaliście wpis Ostatnie dni przed maratonem wiecie, że nie stresowałem się jakoś specjalnie startem w tym maratonie. To trochę dziwne. Ja, koleś który jeszcze niedawno dostawał skrętu kiszek startując w biegu na dystansie 10 km, do maratonu podchodzi z takim spokojem. Sam nie wiem dlaczego tak się działo. Najważniejszy start w moim życiu (puki co), a ja jestem tak spokojny. Dziwne, ale myślę, że po części właśnie dzięki temu odniosłem sukces. Dzięki spokojowi. Dzięki luzowi. Dzięki pewności, że się uda.

Po porannej toalecie zjadłem lekkie śniadanie. Były to dwie zwykłe bułki z dżemem truskawkowym, niskosłodzonym. Przygotowałem też napój, czyli 2 tabletki Litorsalu rozpuszczone w niecałym litrze wody mineralnej, który później popijałem co jakiś czas, małymi łykami, aż do godziny 8.

Wszystkie rzeczy przygotowałem już dzień wcześniej. Na spokojnie ubrałem się w strój startowy. Przed wyjściem z domu, ok. godz. 7, zjadłem jednego banana. Kilkanaście minut później siedzieliśmy już w autobusie, a na miejsce zajechaliśmy o godz. 8. Do startu została jeszcze godzina. To wystarczająco dużo czasu żeby na spokojnie przygotować się do biegu. Po odniesieniu rzeczy do depozytu nadszedł czas na delikatną rozgrzewkę. Potruchtaliśmy trochę w okolicach stadionu. Później jeszcze wizyta w Toi Toi i można było ustawiać się w swojej strefie startowej.

Start maratonu.

Później tylko krótkie przemówienie prezydenta miasta i rozpoczęło się końcowe odliczanie. O godzinie 9 wystartowała pierwsza grupa biegaczy, tych szybszych. Ja startowałem z drugiej strefy. Drugi start zaczynała chyba największa grupa biegaczy. Biegaczy, których celem było dobiegnięcie do mety w czasie ciut krótszym niż 4 godziny. W tej grupie byłem też ja. Wystartowaliśmy o godz. 9:04.

Pierwsze kilometry biegu.

Zaraz po starcie biegacze skierowali się na Stadion Energa Gdańsk. Po pierwszej edycji maratonu słychać było głosy, że obieganie stadionu w końcowej fazie biegu było złym pomysłem, ponieważ zmęczeni biegacze mieli wrażenie kręcenia się w miejscu.

Niestety moim zdaniem przebieganie przez stadion już na początku maratonu to również niezbyt udany pomysł. O ile w szybszych grupach nie było problemu z powodu stosunkowo małej ilości biegaczy, o tyle w grupach „4 godziny i więcej”, gdzie było ich już całkiem sporo zrobił się po prostu … zator. Były momenty, kiedy zamiast biec trzeba było iść. Po prostu trasa ograniczona barierkami była zbyt wąska na taką liczbę biegaczy. Ale daliśmy radę. Widok wielkiego stadionu i haseł wyświetlanych na telebimach zrekompensowały te niedogodności. Później okazało się, że to właśnie drugi kilometr biegu był kilometrem najwolniejszym.

Po obiegnięciu stadionu skierowaliśmy się z powrotem na ul. Żaglową, a później Marynarki Polskiej.

Pierwszy punkt kontrolny.

Po pokonaniu 5 km przebiegaliśmy przez punkt kontrolny. Tutaj muszę pochwalić mojego kumpla Piotra, który praktycznie uratował bieg pana Henryka Urtnowskiego, który jak się później okazało zdobył pierwsze miejsce w swojej kategorii wiekowej. Gdyby nie Piotr, bieg pana Henryka nie zostałby zaliczony z powodu ominięcia punktu kontrolnego. Otóż na ul. Jana z Kolna, gdzie rozstawiona była bramka, pan Henryk wyprzedzał grupę biegaczy. Pech chciał, że zrobił to właśnie wtedy kiedy przebiegali oni przez punkt kontrolny. On tej bramki nie zauważył i pobiegł obok. Na szczęście zauważył to Piotr i zawołał pana Henryka. Ten cofnął się i przebiegł tym razem tak jak powinien – przez bramkę. Proponuję nagrodę fair play dla Piotra 🙂

Po przebiegnięciu 5 km na zegarku wyświetlał się czas 0:28:26, a to oznaczało, że utrzymaliśmy niemalże idealne tempo 5:41 min/km.

Pierwsza dyszka.

Pierwsze 10 km biegu minęło bardzo szybko. Nie wiem, czy to przez adrenalinę związaną ze startem w maratonie, czy właśnie przez rozluźnienie i brak stresu przedstartowego, ale nawet nie zauważyłem kiedy to minęło. Podczas pierwszej ćwiartki maratonu przebiegaliśmy m.in. przez budynek Europejskiego Centrum Solidarności, przy Hali Targowej, ul. Długą i Długi Targ z Fontanną Neptuna, Targ Węglowy, Targ Drzewny z pomnikiem Jana III Sobieskiego, ul. Kowalską, Korzenną, Jana Heweliusza i Rajską, aż do Zieleniaka. Na ul. Długiej wyskoczyliśmy przed pacemarkerów prowadzących grupę na 3:59:59. Nie, nie zaczynaliśmy się już rozpędzać. Za wcześnie jeszcze. Po prostu przy „balonikach” był straszny tłok i ciężko się biegło. A przed balonami było pusto i luźno. I tak biegliśmy już cały czas.

Przed flagą z oznaczeniem 10 km, zgodnie z planem, zjedliśmy pierwszy żel energetyczny – ALE bananowo-truskawkowy. Mój czas na tym punkcie kontrolnym to 0:56:31 (śr. tempo 5:39 min/km).

Druga ćwiartka maratonu.

Po wbiegnięciu na Al. Zwycięstwa mieliśmy przed sobą prawie 10 km cały czas prosto, aż do Drogi Zielonej na granicy Gdańska i Sopotu. Po drodze mijaliśmy setki, a może i tysiące kibiców. To naprawdę dodaje mocy. Razem z Piotrem zauważyliśmy, że przy każdym głośniejszym dopingu przyspieszaliśmy, a później jeden drugiego musiał hamować.

Co ciekawe, mimo że biegliśmy główną drogą miasta, na ulicach nie było widać korków. Prawdopodobnie było to spowodowane tym, że maraton odbywał się 15 maja, czyli w Zielone Świątki. A jak wiadomo, w ten dzień wszystkie galerie handlowe są zamknięte 🙂

Przed 20 km zjedliśmy kolejny żel energetyczny – ten sam co na pierwszej dyszce.

Przy hali Ergo Arena czekała na mnie miła niespodzianka. W tłumie kibiców była też koleżanka Hania z mężem Grzegorzem. Nie spodziewałem się ich tam. Ich głośny doping dodał mi jakieś 50 punktów do mocy … i znowu przyspieszyłem 🙂 Dziękuję. Na prawdę nie spodziewałem się tego.

Międzyczas zmierzony na 15 km to 1:23:57 (tempo 5:36 min/km), a na 20 km – 1:51:37 (tempo 5:35 min/km). W tym tempie półmaraton ukończyłbym z czasem 1:57:34. Szału nie ma, ale to była dopiero połowa dystansu.

Kolejne 10 km w nogach.

Mieliśmy za sobą już połowę dystansu. Zostało (jedynie) 21 km biegu. Na szczęście humory cały czas dopisywały. Z późniejszych relacji osób, które widziały nas na trasie wiem, że praktycznie przez całą drogę byliśmy uśmiechnięci i zadowoleni. W porównaniu z niektórymi uczestnikami biegu wyglądaliśmy naprawdę dobrze.

Kolejne 10 kilometrów biegu prowadziło przez ulice Przymorza i Zaspy (ul. Gospody, Chłopska oraz Al. Rzeczypospolitej). Przy hali ETC mijaliśmy kolejny punkt kontrolny. Było to już 25 km. Na tym etapie czujniki zmierzyły mi czas 2:18:48 (tempo 5:33 min/km).

Po nawrocie pobiegliśmy w stronę Jelitkowa (znowu Al. Rzeczypospolitej, później ul. Chłopska i Pomorska w stronę bulwaru nadmorskiego). Mijaliśmy tłumy kibiców. Wśród nich były też zorganizowane grupy, które brały udział w konkursie na najlepszą strefę kibica.

Przed flagą z oznaczeniem 30 km, zgodnie z planem odżywiania, zjedliśmy kolejny żel. W dalszym ciągu ten sam bananowo-truskawkowy ALE.

Na 30 km mieliśmy czas 2:46:01, co dawało średnie tempo biegu 5:32 min/km. Na tym etapie biegu mieliśmy już wypracowany dosyć spory zapas czasu. Przypomnę, że aby złamać 4 godziny w maratonie wystarczy biec w granicach 5:40 min/km. My mieliśmy ok. 10 sekund zapasu na każdym z 30 km. Ale … podobno maraton zaczyna się od 30 km.

Ostatnia dyszka.

Podobno 30 km to punkt krytyczny każdego maratonu. Ludzi mówią, że mniej więcej w okolicach 30 km można spodziewać się „zderzenia ze ścianą”. Ściana to taki etap biegu, w którym nagle nasz organizm buntuje się. Biegacze mówią, że „odcina prąd”. Nogi odmawiają posłuszeństwa, zaczynają łapać skurcze, siada psychika. Totalna niemoc.

Na szczęście mnie nic takiego nie spotkało. Może to dzięki temu, że trzymaliśmy się w miarę wyznaczonego tempa. Może przez odpowiednie odżywianie i nawadnianie na trasie biegu. Może przez odpowiednie przygotowanie i luz psychiczny. Naprawdę przez te 30 km nawet nie pomyślałem o ścianie. Niewykluczone, że gdybym to zrobił zaraz zaczęło by mnie coś boleć, a wtedy wiadomo … zaraz zaczynają się czarne myśli.

Mnie to ominęło. Biegło się dobrze. Cały czas w strefie komfortu. Tętno nie przekraczało 166 uderzeń na minutę, a to oznaczało, że nie przekroczyłem jeszcze progu, w którym mój organizm zaczyna się już naprawdę męczyć. Oczywiście 30 km w nogach to nie jest w kij dmuchał, ale jak na taki dystans nie byłem mocno zmęczony. No i ci cudowni kibice. Tym razem na ścieżkach nadmorskich w okolicach Parku Reagana czekała na nas żona Piotra z dziećmi. Ten widok na pewno dodał mu skrzydeł, przez co i ja poczułem zastrzyk nowych sił. A może tak zadziałał na mnie żel 🙂

Plan był taki, że od 30 km zaczniemy przyspieszać. Ale ponieważ w stosunku do planu mieliśmy ok. 5 minut zapasu, nie musieliśmy aż tak bardzo szarpać. Czas zmierzony na 35 km to 3:13:27 (tempo 5:32 min/km). Tu zjedliśmy też kolejny żel energetyczny. Tym razem był to ALE Thunder Gel – żel energetyczny nowej generacji wzbogacony o kofeinę

Przed nami był ostatni większy podbieg na trasie maratonu. Był to wiadukt niedaleko stadionu Energa Gdańsk. Wzniesienie nie jest może bardzo strome, ale na pewno bardzo długie. Po ok. 36 km biegu widok długiej, ciągnącej się daleko górki nie działa zbyt dobrze na głowę biegacza. Ale jakoś daliśmy radę. Od jakiegoś czasu nie rozmawialiśmy już ze sobą tak dużo jak wcześniej. Nie, nie pokłóciliśmy się 🙂 Po prostu na tym etapie biegu trzeba było już oszczędzać każdy oddech.

W oddali było widać już stadion i halę Amber Expo. Słuchać też było kibiców i okrzyki spikera. To też dodawało energii i chęci do walki. Na 40 km zjedliśmy jeszcze jeden żel ALE Thunder, aby jeszcze „doładować węgla do pieca”.

Punkt kontrolny tym razem ustawiony był pomiędzy 39 a 40 km. Czas zmierzony w tym miejscu to 3:36:01. Było niemalże pewne, że złamiemy 4 godziny w maratonie. Musiałoby się stać coś naprawdę złego, aby nie osiągnąć tego celu. Na szczęście nic takiego się nie stało. Po drodze mijaliśmy coraz więcej kibiców. Na mijance przybiłem jeszcze „piątkę” w Zibim prowadzącym grupę na 3:59 i Wiktorem biegnącym zaraz za nim.

Mogę śmiało powiedzieć, że ostatnie 2 kilometry maratonu biegłem już sercem. Zmęczenie jest już duże, ale każdy z nas dawał z siebie już naprawdę wszystko. Nie było patrzenia na czas. Nie było patrzenia na tempo czy tętno. Po prostu dajemy ognia. Lewa, prawa. Byleby do mety. Jak się później okazało 42 km biegu był jednocześnie najszybszym kilometrem w całym maratonie. Pokonałem go w czasie poniżej 5 minut. Pozostało jeszcze 195 metrów i jest wymarzona już meta. Chciałem coś wykrzyczeć, ale ostatnie metry biegu były chyba bardziej wyczerpujące niż poprzednie 42 kilometry. Nie dałem rady. Powiedziałem tylko do siebie po cichu „Udało się”.

Udany debiut w maratonie. Jestem maratończykiem!

 

Podsumowanie maratonu.

2. PZU Gdańsk Maraton przebiegłem w czasie 3:50:53. Był to mój debiut na dystansie maratonu i nie mam go za bardzo z czym porównać. Podobno pierwszy raz jest najlepszy. Ja jestem naprawdę zadowolony z tego startu. Wszystko oceniam jak najbardziej pozytywnie. Organizatorów, trasę, a nawet pogodę. Wszystko było idealne. Czasami ciut za mocno świeciło słońce. Czasami wiatr wiał prosto w twarz. Ale widocznie tak miało być. Wszyscy mieliśmy identyczne warunki. Powiem więcej, właśnie takie warunki pogodowe pokazały, że nawet w trakcie tak wymagającego biegu można współpracować i liczyć na innych biegaczy. Choćby np. zasłony podczas biegu pod wiatr. Gdy naprawdę mocno wiało dawaliśmy sobie nawzajem zmiany – raz jeden biegł z przodu, osłaniając drugiego przed wiatrem i dając mu odpocząć, raz drugi. Dzięki Piotr!

Poza tym ten maraton to nie była walka o czas. Celem było ukończenie biegu. Dobiegnięcie do mety w czasie krótszym niż 4 godziny było celem drugorzędnym. Wszystko udało się zrealizować … nawet z nawiązką w postaci prawie 10 minut zapasu w stosunku do planu.

Szczegółowy zapis parametrów biegu (ślad GPS, międzyczasy, wskazania pulsometru)

Wnioski po maratonie.

Myślę, że za naszym sukcesem stoi przede wszystkim spokój i luz z jakim stanęliśmy na linii startowej. Pamiętam, że nie raz byłem bardziej zestresowany podczas startów na 10 km. A teraz … cisza, spokój, humory dopisywały, żadnego spięcia. Jak nigdy. Nie było żadnego ciśnienia na czas. Można by pomyśleć, że był to bieg dla zabawy.

Oczywiście tak nie było. 42 km biegu to nie w kij dmuchał. Uśmiechy uśmiechami, ale to prawie 4 godziny ciągłego wysiłku i sprawdzania możliwości własnego organizmu. Mój maraton to ok. 38 tys. kroków. To 38 tys. uderzeń stopą o asfalt. Każdy krok to mniej więcej trzykrotność wagi dźwigana przez stawy. Ja przed startem ważyłem 79 kg. Nawet nie będę liczył dalej, ale wysiłek na pewno był bardzo duży. Zegarek pokazał mi, że podczas tego biegu spaliłem ponad 4,5 tys. kalorii.

Najważniejsze oczywiście jest przygotowanie fizyczne. Nie wyobrażam sobie kogoś, kto tak „z marszu” przebiegłby maraton. My przygotowywaliśmy się do maratonu korzystając z 12-to tygodniowego planu treningowego, ale te 12 tygodni to nie wszystko. To też setki, a nawet tysiące kilometrów przebiegniętych przez poprzednie lata. Pamiętam jak jeszcze 5 lat temu problemem dla mnie było obiegnięcie osiedla. Teraz przebiegłem maraton i to w całkiem ładnym czasie. Ale do wszystkiego dochodziłem stopniowo. Najpierw były marszobiegi, po jakimś czasie starty w 5 km, później zaczęły się dyszki, a ostatni rok to m.in. dwa starty w połówkach.

Dobre przygotowanie fizyczne poprawia także psychikę biegacza. Nic tak dobrze nie wpływa na głowę jak poczucie dobrze wykonanej pracy oraz dobre wyniki w biegach sprawdzających. My swój trening zrealizowaliśmy ze sporym zapasem. Praktycznie każdy trening wykonywany był na większych tempach niż te wskazane w planie treningowym. Mimo to nie przekroczyliśmy granicy, której nasz organizm by nie wytrzymał. Teraz uważam, że śmiało mogliśmy spróbować powalczyć o 3:45, ale tak jak pisałem wcześniej, to był debiut, cele były zupełnie inne. Kiedyś pewnie jeszcze będzie okazja powalczyć o dobre czasy.

 

Dziękuję!

Na taki debiut zapracowałem sobie sam, ale nie byłoby go gdyby nie inne osoby, którym teraz chciałbym podziękować.

Oczywiście w pierwszej kolejności dziękuję swojej rodzinie, która wspierała mnie w moich staraniach i wytrzymywała moje częste nieobecności w domu. Starałem się biegać rano, kiedy jeszcze wszyscy spali, ale nie każdy trening można było zrobić o tej porze. Czasami, zamiast spędzać czas razem z rodzinką, musiałem wyjść na bieganie. Dziękuję za wyrozumiałość!

Dziękuję koledze Piotrowi, który był moim partnerem treningowym. To on motywował mnie do tych porannych treningów. Nie raz było tak, że nie chciało mi się wstawać o 4:20, ale mimo to wstawałem tylko dlatego, że umówiłem się z Piotrem na poranne bieganie. Oczywiście działało to w dwie strony. Był okres, że tych treningów było naprawdę dużo. Jak nie bieganie to siłownia. Wszystko z rana tylko po to żeby jak najwięcej czasu spędzić z rodziną. Piotr, daliśmy radę!

Dziękuję wszystkim znajomym, kolegom i koleżankom z pracy. Oni także motywowali mnie do działania. Pochwały, które nie raz słyszałem powodowały, że czułem się jakoś inaczej. Porady, które słyszałem od Patryka, dużo bardziej doświadczonego biegacza, były na wagę złota.

Dziękuję kibicom na trasie. Każdy okrzyk, brawa czy choćby uderzenie drewnianą łyżką w garnek dodaje biegaczowi mocy.

Dziękuję organizatorom i wolontariuszom za ciężką pracę przy organizacji maratonu. Te dzieciaki podające wodę naprawdę się napracowały … i co najważniejsze robiły to z uśmiechem na twarzy.

Galeria wybranych zdjęć z 2. PZU Gdańsk Maraton

 

Co po maratonie?

Teraz pozostaje tylko odpowiedzieć sobie „na jedno zajebiście, ale to zajebiście ważne pytanie”. Co dalej? Jak żyć? Tak bez żadnego celu? No dobra … w tajemnicy powiem wam, że są już pewne pomysły 😉 Ale o tym napiszę za jakiś czas.

About The Author

W połowie roku 2013 znajomy namówił mnie na bieganie. Na początku były starty w sobotnich biegach Parkrun. W lutym 2014 roku miałem swój debiut w oficjalnym starcie na 10 km (Bieg urodzinowy, Gdynia). I tak zaczęło się moje uzależnienie od biegania, w którym siedzę do dzisiaj.

  • Wiem, że trochę za późno, ale zapomniałem wpisać gratulacji! Pobiegliście jak mistrzowie – oby tak dalej:)

Close