Top Menu

W zeszłą sobotę, tj. 16 maja, odbył się II bieg z cyklu Grand Prix Gdyni w Biegach Górskich. Na obu dystansach wystartowało łącznie 367 biegaczy. Krótszy bieg ukończyły 174 osoby. Dłuższy – 189 osób (4 nie zostały sklasyfikowane). W porównaniu z poprzednią edycją, na udział w biegu po gdyńskich zdecydowało się trochę mniej biegaczy. Niewykluczone, że część ludzi zrezygnowała ze startu ze względu na ich udział w 1. PZU Maratonie Gdańsk, który startował następnego dnia o godz. 9.

Ja sam jeszcze rano zastanawiałem się czy brać udział w tym biegu. Nie, nie ze względu na maraton, w którym miałem uczestniczyć w roli fotografa i na który ostatecznie nie dotarłem. Od kilku dni odczuwałem dyskomfort w mojej lewej łydce. Podczas naprężania mięśnia, np. podczas biegu, czułem w niej coś w rodzaju ukłucia. Może to było jakieś naderwanie. Może nadwyrężenie. Bolało na tyle mocno, że zrezygnowałem z czwartkowego i piątkowego treningu. Ostatecznie jednak pojechałem do Gdyni i wystartowałem w biegu na dystansie 10,5 km.

Mimo, że byłem na miejscu już ok. godz. nie udało mi się już znaleźć miejsca parkingowego przy szkole. Bałem się, że będę musiał odstać swoje w kolejce po odbiór pakietu startowego. I tu się zdziwiłem. Nie było tłoku. Kilka osób wypełniało oświadczenia. To wszystko. Żadnej kolejki. Udało się.

Po porządnej rozgrzewce byłem gotowy do startu. Tym razem obyło się bez opóźnienia. Wystartowaliśmy punktualnie o 11. Mimo mniejszego zainteresowania, podczas startu było dosyć tłoczno. W powietrzu unosiły się tumany kurzu. Trasa nie zmieniła się (poza tym, że była bardziej zielona). W trakcie jednej pętli trzeba było pokonać 4 duże wzniesienia. Mi największy problem sprawiło drugie wzniesienie, które znajdowało się mniej więcej pod koniec 3 kilometra.

Dla mnie jednak to nie wzniesienia były najgorsze. Ze względu na bolącą nogę dużo bardziej bałem się zbiegów. O ile na podbiegu mogłem zwolnić, skrócić krok, a w razie potrzeby przejść do marszu, o tyle na zbiegach nie było już tak prosto. Tam, jak już się rozpędziło, to ciężko było się zatrzymać. Na stromych zbiegach leciało się siłą rozpędu waląc stopami o podłoże. O zachowaniu prawidłowej techniki biegu przy takiej prędkości „opadania” mogłem tylko pomarzyć. Na szczęście to był las, a nie betonowa ścieżka i leśna ściółka amortyzowała trochę te uderzenia.

Według moich obliczeń obie pętle pokonałem w mniej więcej jednakowym czasie. Według oficjalnych wyników bieg ukończyłem na 149 pozycji w klasyfikacji Open (130 M) z czasem 1:08:52. Bieg zaliczony. Nie powiem żebym był zadowolony, ale … ważne, że obyło się bez żadnej kontuzji i mogę dalej biegać bez konieczności robienia dłuższej przerwy w treningach.

 

Linki:

About The Author

W połowie roku 2013 znajomy namówił mnie na bieganie. Na początku były starty w sobotnich biegach Parkrun. W lutym 2014 roku miałem swój debiut w oficjalnym starcie na 10 km (Bieg urodzinowy, Gdynia). I tak zaczęło się moje uzależnienie od biegania, w którym siedzę do dzisiaj.

Close