Top Menu

Jak pisałem we wcześniejszym poście, w ramach przygotowań do poprawy techniki biegu zakupiłem i przeczytałem książkę „Metoda POSE. Bieganie techniką dr. Romanova”. Ma ona zdziałać cuda. Bieganie będzie lekkie, łatwe i przyjemne. Żadnych kontuzji. Brak zmęczenia. Idealna technika dla mnie. Ale czytanie to jedno, a nauka i praktyka to drugie.

Po przeanalizowaniu początkowych ćwiczeń opisanych w książce i oglądnięciu kilku filmów na YT zabrałem się do roboty. Najpierw nauka przyjmowania odpowiedniej postawy. Prościzna. Później podskoki na palcach. Łatwe. Następnie … wszystkie inne ćwiczenia, które widać na poniższym filmie.

Śmiesznie to wygląda. Na szczęście wszystkie te podskoki robiłem w domu. Jedynie córka miała ze mnie niezły ubaw. Później, jako że podobno najłatwiej uczyć się tej techniki biegając boso, poszedłem na osiedlowego „orlika”, zdjąłem buty i skarpety i zacząłem truchtać. Prawdą jest, że inaczej stawia się na ziemi stopy „zabezpieczone” w buty, a inaczej bose. Sam krok też wyglądał inaczej. Starałem się nie wypychać kolana do przodu, nie angażować w ruch mięśni czworogłowych uda, a jedynie dwugłowe podnosząc stopę w stronę … tyłka. Samo przesuwanie się do przodu w tej technice wywoływane jest przez pochylenie się do przodu i zaufanie grawitacji. Trucht wyglądał nawet całkiem, całkiem. Rzeczywiście nie był męczący. Rzeczywiście był delikatny. Ale to tylko trucht, a ja chcę biegać szybko. Przyśpieszyłem. Też nie było źle, ale łydki już bardziej bolały. Zrobiłem ok. 20 „biegów” wzdłuż boiska. Poskakałem jeszcze trochę i ubrałem buty.

W butach biegło się już inaczej, ale w dalszym ciągu starałem się lądować na śródstopiu, na poduszkach stopy. Oczywiście nie liczyłem, że od razu przebiegnę w ten sposób 10 km. Po ok. 2 km moje łydki przypominały kamienie. Pomyślałem, że nie będę przeginał na początek i zawróciłem. W sumie pokonałem 4 km w niecałe 26 minut, co daje „zawrotne” średnie tempo ok. 6’23/km. Może jednak powinienem zakończyć na truchcie po trawie? Teraz czuję lekki niedosyt.

Po tym pierwszym treningu mogę powiedzieć jedno – kiedy trenuje się samemu nie wygląda to już tak różowo jak jest opisane w książce. Ale przecież to było dopiero pierwsze podejście. Póki co nie poddaję się. Będę ćwiczył dalej i zobaczę co z tego wyjdzie po ok. miesiącu. Trzymajcie kciuki.

 

About The Author

W połowie roku 2013 znajomy namówił mnie na bieganie. Na początku były starty w sobotnich biegach Parkrun. W lutym 2014 roku miałem swój debiut w oficjalnym starcie na 10 km (Bieg urodzinowy, Gdynia). I tak zaczęło się moje uzależnienie od biegania, w którym siedzę do dzisiaj.

Close